Dostawcy internetu: w pogoni za „zerami”

fiber[1]

Gdy u początku rozwoju łącz szerokopasmowych w Polsce posiadało się takie o prędkości 128 kilobitów na sekundę, to była to diametralna różnica między takimi, jak na przykład 64 czy 80kbps. I rok później, gdy dostawca oferował łącze 256-kilowe, to naturalnie i wykładniczo odczuwało się tą zmianę. Bo nagle jedną, przeciętnie ważącą 3.5MB „empetrójkę” można było pobrać w niecałe dwie minuty, zamiast około pięciu. O filmach nie wspomnę.

Obecnie dostawcy oferują łącza od 10 megabitów na sekundę, do nawet 300. I o ile przywykliśmy już do tego, że każda zmiana prędkości łącza na szybszą daje wymierne rezultaty, to powoli zmierzamy do punktu, w którym przestaje taki trend obowiązywać. Różnica między 10Mbps, a 100Mbps jest odczuwalna bardziej niż ta między 100, a 300Mbps. Dlaczego? Po pierwsze nadal jest niewiele usług i serwerów, które umożliwiłyby w pełni wykorzystanie łącza powyżej 100Mbps – nie liczę oczywiście takich molochów jak Google (YouTube), czy Valve (Steam). Po drugie, pomijając takie tytuły jak GTA V, które waży ~60GB, to czy naprawdę warto płacić ekstra na zaoszczędzeniu kilku minut pobierania? Ja rozumiem, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale nie widzę większej różnicy między pobieraniem materiału przez 30 minut, a 15 bo i tak, w moim mniemaniu przynajmniej, jest to niewielka inwestycja czasu. Chodzi o to, że jestem skłonny poczekać nieco dłużej w zamian za… no właśnie, chociażby większy wysył, stabilniejsze łącze, czy lepszą logistykę podpięć do serwerów – żebyśmy nie musieli się łączyć z Warszawą przez Nowy Jork, mieszkając w Krakowie; czy też ilość użytkowników na jednym łączu przy głównej magistrali.

Osobiście preferowałbym łącze 50/20Mbps niż (chyba) najpopularniejsze dziś 100/10. Zapotrzebowanie na prędkość wysyłania rośnie, zwłaszcza w dobie rosnącej popularności usług typu Cloud. Nawet przeciętny dziś Smartfon wykonuje zdjęcia przy minimum ośmiu megapixelach, a filmy 720p, jeżeli nie 1080p – to wszystko swoje waży, a wysyłanie takiej ilości danych do np. Google Drive czy Dropboxa, to katorga przy takiej jedno-, dwumegabitowej prędkości wysyłu. To samo tyczy się wysyłania filmików na YouTube, czy streamowanie na Twitch/Hitbox. Oczywiście ta nisza jest zaspokajana, ale w parze idzie wyższa prędkość pobierania, której nie potrzebujemy i/lub która po pewnym progu jest nie potrzebna, a i musimy za to dodatkowo płacić, pomimo że nie są to ogromne kwoty.

Co też jest w sumie zastanawiające – dlaczego za dużo szybsze łącza, dostawcy nie liczą sobie dużo większych pieniędzy? Moim skromnym zdaniem, to wszystko po to, by przyciągnąć jak największą ilość nowych klientów. A musi ich być sporo, by zysk był wymierny, co z kolei rodzi problem dla nas – bardziej zaawansowanych użytkowników łącza. Zaledwie kilka miesięcy temu, znajomy (kycu) męczył się przez kilka tygodni z dostawcą, który po prostu miał za duże obciążenie użytkowników na jednej linii. A teraz ten sam dostawca pytał się ostatnio swoich klientów na swojej stronie, czy nie byliby może zainteresowani łączem 1Gbps… Serio? To jest w przeliczeniu 125MB/s – większość osób korzystających z internetu nie posiada nawet wystarczająco mocnego sprzętu, by osiągnąć taki transfer przy kopiowaniu plików z partycji na partycję, czy z dysku na dysk, już nie wspominając o tym, czy jakiś serwer wydoli wysyłanie w takiej prędkości do pojedynczego użytkownika. I choć wiem, że większość zainteresowana takim łączem jest świadoma tej prędkości, to jednak marketing i cena (jeżeli będzie okazyjna) zrobią swoje – bo 1000, to więcej niż 300; więcej zer…

Moim skromnym zdaniem dostawcy internetu powinni ulepszać swoje dotychczasowe usługi, a nie brnąć w kolejne. Dać możliwość elastycznego dobierania sobie prędkości pobierania względem wysyłania, nawet w ograniczonym stopniu. Skrócić trasy pakietów, by zmniejszyć ich opóźnienie, ergo osiągać mniejszy i stabilniejszy ping w grach. Zwiększyć przepustowość serwerów, przynajmniej tych przy głównych magistralach, czy rozszerzyć swoją działalność na tereny pozamiejskie.

Cóż, pomarzyć fajna rzecz. Może moje pomysły są zbyt idealistyczne? Za granicą ich część jest już zrealizowana, pomimo „pogoni za zerami”. W Polsce za to jest jeszcze wiele do zrobienia i pozostaje mi jedynie wierzyć w to, że konsumenci staną się bardziej świadomi i będą wywierać wpływ na dostawcach, by Ci świadczyli LEPSZE, a niekoniecznie SZYBSZE usługi.

Fukushima: a Nuclear story

Film dokumentalny – kręcony od 11 marca 2011 do marca 2015 roku – który rzuca nieco światła na to, co naprawdę wydarzyło się w reaktorach atomowych w Fukushimie, po występujących tam w 2011 roku trzęsieniu ziemi i tsunami.

Materiał trwający niecałą godzinę, który w przystępny sposób ukazuje w/w sytuację. Narratorem do filmu jest Willem Dafoe, więc słucha się tego bardzo przyjemnie, niestety jednak bez napisów się nie obejdzie, jako że nie wszystkie kwestie dialogowe tam zawarte mają „lektora”, więc dobrze jest się nimi wspomóc, by mieć pełny przekaz filmu. Niestety te nie do zdobycia w wersji polskiej (jeszcze), a angielska troszczeczkę pozostawia do życzenia, ale nie jest tak, że nie da się tego oglądać. Link do napisów (prawym, „Zapisz jako…”), bo je ciężko znaleźć.

 

 

Polecam, miłego seansu, peace.